Świat czeka na twoje świadectwo
bp Artur Ważny
Chciałbym, żeby ta ostatnia konferencja nie była już tylko kolejnym słowem do wysłuchania, ale żeby nas rzeczywiście uruchomiła do wyjścia i do świadectwa, dlatego chcę oprzeć ją na fragmencie Ewangelii, który może nie jest pierwszym tekstem przychodzącym nam na myśl, kiedy mówimy o ewangelizacji, ale dla mnie stał się ostatnio bardzo wymowny.
To spotkanie Jezusa z Samarytanką.
Jezus przechodzi przez Samarię, przychodzi do Sychar, zatrzymuje się przy studni Jakuba i tam spotyka kobietę, która przyszła zaczerpnąć wody. Rozpoczyna z nią rozmowę od prostego: „Daj mi pić”, później mówi jej o wodzie żywej, dotyka prawdy jej życia, rozmawia o oddawaniu czci Ojcu w Duchu i prawdzie, aż wreszcie objawia jej, że jest Mesjaszem. Kobieta zostawia dzban, biegnie do miasta i mówi ludziom: „Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam. Czyż On nie jest Mesjaszem?”
Kiedy pytamy dzisiaj, jak wyjść do świata, jak ewangelizować i jak stać się rzeczywiście uczniem-misjonarzem, ta Ewangelia może stać się dla nas swoistym podręcznikiem ewangelizacji, zwłaszcza tych miejsc, środowisk i ludzi, których na pierwszy rzut oka wcale nie uznalibyśmy za przestrzeń swojej misji.
Bo czasem myślimy, że żeby ewangelizować, trzeba pojechać gdzieś daleko, zorganizować wielkie wydarzenie albo podjąć jakieś nadzwyczajne dzieło, podczas gdy Bóg pokazuje nam osoby, które już żyją obok nas, choć dotąd ich nie widzieliśmy.
Każdy z nas ma swoje Sychar.
Każdy ma swoją Samarię.
I być może właśnie dzisiaj Jezus chce ci ją pokazać.
„Trzeba Mu było przejść przez Samarię”
Ewangelista pisze: „Trzeba Mu było przejść przez Samarię”.
A przecież Jezusowi w sensie geograficznym wcale nie „trzeba było”. Mógł wybrać inną drogę. Wielu Żydów właśnie tak robiło, omijając Samarię.
A jednak Jezus chce tam pójść.
I to jest pierwszy znak, że uczeń zaczyna stawać się misjonarzem: pojawia się w nim wewnętrzne pragnienie, a czasem wręcz przymus miłości, który mówi: nie mogę zatrzymać dla siebie tego, co wydarzyło się między mną a Jezusem.
Kiedy byłem proboszczem w Tarnowie, widziałem mężczyzn, w których taki ogień naprawdę się pojawił. Jeden przyprowadził drugiego, później następnego i w ciągu kilku lat z jednego środowiska pracy pojawiło się we wspólnocie siedmiu mężczyzn. Jeden zapłonął, później zapalił się drugi, trzeci i kolejny, ponieważ to, co spotkało ich przy Jezusie, przestało być prywatną sprawą.
To jest jakiś wewnętrzny imperatyw:
Muszę się podzielić Ewangelią.
Nie dlatego, że ktoś nałożył na mnie obowiązek ewangelizacji, ale dlatego, że spotkałem Jezusa i chcę, żeby inni również Go spotkali.
Wtedy uczeń staje się misjonarzem.
I zaczyna iść także tam, gdzie nie musi, gdzie się boi, gdzie mu się nie chce, a czasem nawet do ludzi, których zwyczajnie nie lubi.
Bardzo często zaczyna się to na adoracji, kiedy przestajemy mówić Bogu, dokąd chcielibyśmy pójść, a zaczynamy Go pytać:
„Panie, do kogo Ty chcesz mnie posłać?”
I wtedy nieraz pojawia się właśnie nasza Samaria.
Jezus był zmęczony
Jest w tej Ewangelii jeszcze jedno zdanie, które szczególnie podoba mi się jako człowiekowi, a może szczególnie jako mężczyźnie:
„Jezus zmęczony drogą siedział sobie przy studni”.
My, mężczyźni, bardzo często jesteśmy zmęczeni. Mamy pracę, odpowiedzialność, rodzinę, problemy, zobowiązania i tysiące rzeczy do zrobienia, dlatego łatwo powiedzieć sobie: będę świadkiem Jezusa, kiedy będę miał więcej czasu, kiedy uporządkuję życie, kiedy odpocznę, kiedy odzyskam siły.
Tymczasem Jezus ewangelizuje zmęczony.
Można by nawet powiedzieć o zbawczym znaczeniu zmęczenia.
Pamiętam, jak kiedyś na Przystanku Woodstock, podczas nocnego dyżuru kapłańskiego, około trzeciej nad ranem przyszedł do mnie ksiądz i poprosił, żebym porozmawiał z młodym człowiekiem, który podobno zajmował się kabałą. Powiedziałem mu, że przecież zupełnie się na tym nie znam. Odpowiedział:
„Ale ty jesteś starszy”.
Poszedłem więc.
Byłem potwornie zmęczony, nie znałem się na kabale i właściwie nie wiedziałem, co mam temu człowiekowi powiedzieć. Usiadłem i zacząłem słuchać. On mówił bardzo długo, a kiedy wreszcie skończył i już nabierałem powietrza, żeby teraz dać mu jakąś mądrą odpowiedź, powiedział:
„Zanim coś powiesz, chcę ci podziękować, że mnie wysłuchałeś”.
Ta rozmowa wcale nie była o kabale. Ostatecznie zakończyła się spowiedzią.
I zrozumiałem, że moje zmęczenie okazało się łaską, ponieważ gdybym był wypoczęty, być może zacząłbym się wymądrzać, szukać wielkich argumentów i próbowałbym go nimi przygnieść. Ponieważ nie miałem już siły, mogłem po prostu słuchać.
Czasem właśnie nasza słabość staje się mostem, po którym Bóg dociera do drugiego człowieka.
Może więc w twojej pracy siedzi obok ciebie człowiek równie zmęczony jak ty, który też już nie wyrabia, choć na zewnątrz udaje niezniszczalnego. Być może nie potrzebuje bohatera, który ma wszystko poukładane, ale człowieka, który potrafi powiedzieć:
„Stary, ja też czasami nie mam siły. Mnie też jest ciężko”.
I właśnie tam może rozpocząć się spotkanie.
„Daj mi pić”
Jezus rozpoczyna rozmowę z Samarytanką w sposób niezwykły:
„Daj mi pić”.
Nie mówi:
„Mam coś dla ciebie. Podejdź, bo ja wiem lepiej. Mam prawdę, doktrynę, przykazania, dyscyplinę i zaraz ci wszystko wyjaśnię”.
Zaczyna od prośby.
„Daj mi”.
To jest bardzo ważna wskazówka dla nas, ponieważ wielu ludzi, którzy odeszli od Kościoła albo się z nim nie identyfikują, nie chce być przez nas pouczanych. Nie chcą, żebyśmy przychodzili jako ci, którzy mają wszystko, a ich traktowali jak ludzi pozbawionych czegokolwiek wartościowego.
Jezus pokazuje inną drogę.
Możesz przyjść do człowieka i powiedzieć:
„Potrzebuję ciebie. Masz coś, czego ja nie mam”.
Może jest świetnym informatykiem i możesz poprosić go o pomoc. Może zna się na samochodach, finansach, budowaniu, sporcie czy czymkolwiek innym.
Poproś go o przysługę.
Wtedy przestajesz traktować go jako „człowieka do nawrócenia”, a zaczynasz traktować jako człowieka, który ma coś, czym może ciebie obdarować.
Przywracasz mu godność.
„Daj mi pić. Masz coś, czego ja nie mam”.
Być może właśnie od tego trzeba rozpocząć ewangelizację.
Jezus przełamuje mury
Samarytanka jest zaskoczona:
„Jakże Ty, będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę, bym Ci dała się napić?”
Żydzi i Samarytanie unikali się nawzajem, a Jezus w jednym spotkaniu przekracza kilka granic naraz: idzie do Samarytan, rozmawia publicznie z kobietą i podejmuje rozmowę z człowiekiem, którego życie jest moralnie nieuporządkowane.
Jezus rozwala mury.
Nie chodzi jednak o prowokację dla samej prowokacji ani o robienie wokół siebie zamieszania. Chodzi o coś znacznie poważniejszego: o tak głęboką miłość do człowieka, że zaczynam szukać drogi, dzięki której będę mógł do niego dotrzeć.
Przypomnijcie sobie czterech ludzi, którzy przynieśli do Jezusa sparaliżowanego przyjaciela. Nie mogli dostać się przez drzwi, więc weszli na dach, rozebrali go i spuścili chorego przed Jezusa.
Mogli powiedzieć: drzwi są zamknięte, tłum jest zbyt wielki, nic się nie da zrobić.
Oni jednak zadali inne pytanie:
„Skoro drzwiami się nie da, to którędy możemy go przynieść do Jezusa?”
Tak wygląda ewangelizacyjna kreatywność.
Nie pyta przede wszystkim: „Czy wolno tak robić?”, ale: „Jak dotrzeć do tego człowieka, nie zdradzając Ewangelii, a jednocześnie naprawdę go kochając?”
„O, gdybyś znała dar Boży”
Jezus mówi do kobiety:
„O, gdybyś znała dar Boży…”
Zwróćcie uwagę: zaczyna od daru, nie od wymagania.
Nie mówi jej najpierw: zanim będziemy dalej rozmawiać, musisz uporządkować życie, zrobić rachunek sumienia, pójść do spowiedzi i spełnić wszystkie warunki.
Najpierw mówi:
„Gdybyś znała dar Boży…”
I być może my również powinniśmy częściej zaczynać właśnie tutaj.
Co dało ci chrześcijaństwo?
Co zmieniło spotkanie z Jezusem?
Z czego cię wyprowadził?
Co ci przebaczył?
Jakiej wolności doświadczyłeś?
Dlaczego właściwie w Niego wierzysz?
My nie jesteśmy zbawicielami świata. Ani ja, ani ty. Jezus umarł na krzyżu za każdego człowieka, a Duch Święty działa w ludzkich sercach znacznie wcześniej, zanim my się przy nich pojawimy.
Dlatego nie musimy być sparaliżowani przekonaniem, że człowieka trzeba natychmiast doprowadzić do spowiedzi, na Mszę czy do wspólnoty.
Czasem człowiek potrzebuje czasu.
Pamiętam studentkę, która przyszła kiedyś przed Pasterką do spowiedzi, ale podczas rozmowy okazało się, że właściwie wcale nie chce się spowiadać. Przyszła dlatego, że wysłała ją mama i nie chciała zrobić jej przykrości.
Powiedziałem:
„Przecież ty nie chcesz się spowiadać. To byłoby na siłę”.
Nie wyspowiadałem jej wtedy.
Rok później przyszła z różą. Podziękowała mi za to, że wtedy jej nie wyspowiadałem, ponieważ tym razem przyszła sama.
W wolności.
„O, gdybyś znała dar Boży…”
Ewangelia jest darem, który można przyjąć, a nie ciężarem, który trzeba komuś wcisnąć w ręce.
Miłość prowadzi do prawdy
Nie oznacza to jednak, że miłość jest naiwna albo że ewangelizacja polega na omijaniu prawdy.
Jezus w pewnym momencie mówi Samarytance:
„Idź, zawołaj swego męża i wróć tutaj”.
Ona odpowiada:
„Nie mam męża”.
I właśnie wtedy dotykają prawdy.
Jezus nie chce budować relacji na kłamstwie, ale zwróćcie uwagę, kiedy dochodzi do tej rozmowy.
Nie zaczyna od grzechu.
Najpierw jest spotkanie, prośba, rozmowa, zainteresowanie człowiekiem, obietnica daru — i dopiero później Jezus dotyka miejsca największego nieuporządkowania i wstydu.
To również jest dla nas bardzo ważne, ponieważ my często wiemy, co ktoś powinien zrobić, i chcielibyśmy od razu powiedzieć mu, jakie jest rozwiązanie.
Jezus nie idzie na skróty.
Szanuje wolność człowieka i prowadzi rozmowę tak, aby w pewnym momencie to on sam mógł powiedzieć prawdę o swoim życiu:
„Nie mam męża”.
Prawda wypowiedziana w wolności może stać się początkiem przemiany.
Bóg jest większy niż nasze schematy
W dalszej części rozmowy Jezus mówi:
„Nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca (…) prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie”.
Bóg dał nam sakramenty, liturgię, modlitwę, tradycję i konkretne miejsca, przez które pewnie udziela nam swojej łaski, ale jednocześnie Bóg jest większy niż nasze wyobrażenie o tym, gdzie i w jaki sposób powinien działać.
I dlatego możemy czasem spotkać człowieka, który deklaratywnie jest bardzo daleko od Kościoła, a podczas rozmowy odkrywamy, że w jego sercu dzieją się rzeczy niezwykle bliskie Bogu.
Rozmawiałem kiedyś z człowiekiem, który dokonał apostazji, a jednak przyszedł porozmawiać z biskupem. Mówił, że Kościół zawsze będzie dla niego matką, ponieważ go wychował, choć jednocześnie dzisiaj nie potrafi w nim być.
Dał mi wtedy ciekawy obraz.
Jechał pociągiem do Warszawy i siedział naprzeciw siostry zakonnej. On siedział przodem do kierunku jazdy, ona tyłem. Powiedział, że kiedyś widział Kościół jako tego, który siedzi przodem: widzi drogę, ostrzega przed niebezpieczeństwami, wskazuje kierunek i jest prorokiem. Dzisiaj natomiast ma czasami wrażenie, że Kościół siedzi tyłem do kierunku jazdy, przestraszony tym, co nadchodzi, i czekający, aż trudne rzeczy po prostu przeminą.
Niezależnie od tego, czy zgadzamy się z całą jego diagnozą, warto usłyszeć pytanie, które się za nią kryje:
Czy jesteśmy gotowi zobaczyć, dokąd dzisiaj naprawdę idą ludzie, do których zostaliśmy posłani?
Bo Bóg jest większy od naszych schematów i może nas zaskoczyć miejscem, człowiekiem oraz sposobem, przez który zacznie działać.
Zostaw swój dzban
Ewangelista mówi:
„Kobieta zostawiła swój dzban i odeszła do miasta”.
To jest kolejny bardzo mocny obraz ewangelizacji.
Żeby pójść do ludzi, czasami trzeba coś zostawić.
Nie wszystko, co działało kiedyś, musi działać dzisiaj. Nie wszystko, co dla mnie jest ważne, sprawdzone i bezpieczne, pomoże mi spotkać konkretnego człowieka.
Kiedy chciałem kiedyś pojechać na rekolekcje dla osób skrzywdzonych w Kościele, organizatorzy po kilku dniach odpowiedzieli, że mogę przyjechać, ale pod trzema warunkami: mam przyjechać bez sutanny, zostać z nimi przez trzy dni, a nie pojawić się na godzinę jak na wizytacji, i zgodzić się, że będą mówić do mnie po imieniu.
Mogłem powiedzieć:
„Jestem biskupem. Mam swoje zasady”.
Ale wtedy być może w ogóle byśmy się nie spotkali.
Dla tych ludzi sutanna, urząd biskupa czy sposób zwracania się do duchownego były związane z doświadczeniem, które mogło przeszkodzić w spotkaniu.
Trzeba więc było zostawić dzban.
Ewangelizator czasem musi odłożyć coś, co samo w sobie nie jest złe, ale w konkretnym spotkaniu staje się przeszkodą.
Nie po to, żeby zdradzić swoją tożsamość.
Po to, żeby naprawdę spotkać człowieka.
Najgłośniejszym słowem jest twoje życie
Ewangelia mówi:
„Wielu Samarytan z owego miasta uwierzyło w Niego dzięki słowu kobiety”.
Dzięki jej słowu.
Ale najgłośniejszym słowem naszego świadectwa pozostaje nasze życie.
Ludzie nas obserwują. Patrzą na biskupów i księży, ale patrzą również na was: w domu, w pracy, przy stole, podczas konfliktu, wtedy, kiedy coś się nie udało, kiedy jesteście zmęczeni i kiedy nikt z kościelnego środowiska was nie widzi.
I pytają:
„Dlaczego ty tak żyjesz?”
Czasami rozmowa o Bogu zacznie się od różańca wystającego z kieszeni. Kolega zapyta:
„Co ty tam masz?”
I możesz mu powiedzieć:
„To jest moja proca. Jak mam problem, biorę ją i walę w Goliata. A im większy Goliat, tym łatwiej trafić”.
I nagle zaczyna się rozmowa.
Nie musisz wygłaszać traktatu teologicznego.
Możesz opowiedzieć o swojej historii, o własnych ranach i pogubieniu, o tym, gdzie byłeś i jak Jezus cię pozbierał.
I tutaj zaczyna się prawdziwa ewangelizacja.
Nie od teorii o Jezusie, ale od świadectwa:
„Zobacz, co On zrobił ze mną”.
Krok pierwszy: zobacz człowieka, którego dotąd nie widziałeś
Jeżeli więc pytacie, jak zacząć ewangelizować na peryferiach, chciałbym zostawić wam trzy bardzo konkretne kroki.
Pierwszy: zmień optykę.
Stań przed Bogiem i zapytaj:
Kogo w mojej pracy, domu, rodzinie, parafii czy środowisku nikt nie zauważa?
Albo jeszcze trudniej:
Kogo ja dotąd nie zauważałem?
Może właśnie to jest człowiek, do którego Bóg cię posyła.
Nie ma jednej recepty, jak do niego dotrzeć. Pytaj Boga. Patrz. Szukaj drogi.
Najpierw jednak go zobacz.
Krok drugi: słuchaj dwa razy więcej, niż mówisz
Drugi krok:
słuchaj dwa razy więcej, niż mówisz.
W ewangelizacji uszy są często ważniejsze niż język.
Dopiero kiedy usłyszysz historię człowieka, będziesz wiedział, jak go kochać, czego potrzebuje i gdzie naprawdę go boli.
Jezus, posyłając uczniów, mówił:
„Jedzcie, co wam podadzą”.
To bardzo mądra metoda ewangelizacyjna. Usiądź z człowiekiem przy stole. Jedz to, co ci poda. Posłuchaj jego historii, poznaj jego rodzinę, lęki, pytania i rany.
Dopiero później Jezus mówi:
„Uzdrawiajcie”.
Bo jeżeli nie wiesz, gdzie człowieka boli, jak chcesz go uzdrawiać?
Jeżeli nie znasz jego historii, jak chcesz mówić mu o Jezusie?
Dlatego:
dwa razy więcej słuchaj, niż mów.
Krok trzeci: bądź sakramentem obecności
I trzeci krok:
bądź sakramentem obecności.
Nie mamy odpowiedzi na wszystko. Powiedziałbym nawet, że na większość spraw nie mamy odpowiedzi, a jeśli wydaje nam się, że mamy je na wszystko, to może być podejrzane.
Ale możemy zrobić coś znacznie ważniejszego.
Możemy nie uciec.
Możemy zostać przy człowieku, kiedy zrobi się trudno, kiedy będzie mówił rzeczy, których nie rozumiemy, kiedy jego życie okaże się skomplikowane, kiedy nie będziemy mieli żadnej dobrej odpowiedzi i kiedy on sam będzie trudny do zniesienia.
Być może właśnie wtedy największym świadectwem nie będzie to, co mu powiesz.
Największym świadectwem będzie to, że zostaniesz.
To jest dzisiaj nasza męska walka.
Nie walka przeciwko człowiekowi.
Walka o człowieka.
O to, żeby zobaczyć tego, którego inni nie widzą; żeby wejść do swojej Samarii; żeby usiąść przy studni, nawet kiedy jesteśmy zmęczeni; żeby poprosić: „Daj mi pić”; żeby słuchać dłużej, niż mówić; żeby nie bać się prawdy, ale również nie gwałcić ludzkiej wolności; żeby zostawić własny dzban, kiedy staje się przeszkodą, i żeby nie odejść, kiedy spotkanie zaczyna kosztować.
Bo właśnie wtedy możemy stać się dla drugiego człowieka sakramentem obecności — znakiem, przez który spotka się z Jezusem.
Nie zatrzymuj Ewangelii dla siebie
Bracia, przez całe Oblężenie mówiliśmy o drodze Ucznia–Misjonarza.
Uczeń spotyka Jezusa, podejmuje decyzję pójścia za Nim, odkrywa swoją tożsamość syna, pozwala Ewangelii przemieniać swoje życie, odkrywa braterstwo i bierze odpowiedzialność.
Ale ta droga nie może skończyć się na nas.
Jeżeli naprawdę spotkałeś Jezusa, w pewnym momencie pojawi się w twoim sercu:
„Trzeba mi przejść przez Samarię”.
Nie zatrzymuj więc Ewangelii dla siebie.
Nie czekaj, aż będziesz idealny, wypoczęty, przygotowany i wyposażony we wszystkie odpowiedzi.
Zobacz człowieka.
Podejdź.
Poproś go o coś.
Usiądź z nim.
Posłuchaj.
Opowiedz mu, co Jezus zrobił z tobą.
A kiedy zrobi się trudno — zostań.
Świat być może nie czeka na kolejne nasze argumenty. Bardzo często czeka na człowieka, którego życie stanie się świadectwem, że Jezus naprawdę żyje.














