Co Mariusz Feręczak wniósł w drogę Ucznia–Misjonarza
Droga Ucznia–Misjonarza prowadziła podczas Oblężenia od spotkania z Jezusem, przez decyzję pójścia za Nim, odkrywanie tożsamości syna, zgodę na przemianę i wejście w braterstwo, aż po odpowiedzialność i posłanie. Konferencja Mariusza Feręczaka wniosła w tę drogę coś bardzo potrzebnego: pokazała, jak żyć posłaniem wtedy, kiedy człowiek się boi, kiedy nie wszystko w jego życiu jest poukładane, kiedy doświadcza kryzysu albo staje wobec rzeczywistości, której nie może zmienić.
Bo można łatwo opowiadać o misji w języku siły, gotowości, działania i kolejnych podejmowanych zadań, tymczasem Mariusz zaczął od zupełnie innego miejsca. Nie obiecywał mężczyznom, że wszystko będzie dobrze. Przeciwnie, jako psychoterapeuta i interwent kryzysowy mówił, że nie wszystko będzie dobrze i że właściwe pytanie brzmi nie: „Jak sprawić, żeby nic złego mnie nie spotkało?”, ale raczej: „Co zrobię, kiedy dobrze nie będzie?”
I właśnie tutaj jego nauczanie bardzo mocno spotkało się z drogą Ucznia–Misjonarza.
Uczeń nie jest człowiekiem, który się nie boi
Pierwszym ważnym dopowiedzeniem było odczarowanie samego lęku.
Mariusz porównał go do czujnika dymu. Kiedy czujnik zaczyna piszczeć, możemy sprawdzić, gdzie pojawił się problem, albo — ponieważ hałas nas męczy — po prostu wyjąć baterię. Podobnie mężczyzna może próbować wyłączyć swój wewnętrzny alarm poprzez znieczulenie, złość, milczenie albo nieustanny rozpęd: kolejną pracę, służbę, rekolekcje czy spotkanie, byle tylko nie zatrzymać się i nie zobaczyć, co naprawdę się z nim dzieje.
To ważne również duchowo, ponieważ uczeń Jezusa nie staje się uczniem dlatego, że przestał przeżywać lęk, lecz dlatego, że przestaje przed nim uciekać i pozwala prawdzie dotrzeć także do tego miejsca swojego życia.
Wcześniejsze etapy Oblężenia mówiły o spotkaniu, decyzji i przemianie. Mariusz dopowiedział: przemiana wymaga również odwagi, aby nie udawać przed sobą, Bogiem i braćmi, że „wszystko jest w porządku”.
Uczeń musi nauczyć się rozpoznawać, skąd przychodzi jego kryzys
Bardzo praktycznym wkładem Mariusza było pokazanie człowieka jako jedności ciała, psychiki i ducha. Jego obraz trzech pięter jednego domu prowadził do prostego pytania: jeżeli słyszę alarm, z którego piętra on dochodzi?
To niezwykle ważne dopowiedzenie do formacji chrześcijańskiej, ponieważ nie każdy kryzys jest kryzysem wiary, nie każdy lęk trzeba „przemodlić”, podobnie jak nie każdy problem duchowy rozwiąże psychoterapia. Człowiek, który jest wyczerpany, nie śpi, zaniedbał zdrowie albo zmaga się z problemem somatycznym, może potrzebować lekarza, a nie kolejnych rekolekcji. Mariusz ujął to bardzo konkretnie: „Zanim zrobisz kolejne rekolekcje, zanim weźmiesz kolejną robotę w pracy, zrób morfologię”.
Uczeń–Misjonarz nie jest więc człowiekiem uciekającym od rzeczywistości w religijność. Przeciwnie, ponieważ chce odpowiedzieć Bogu całym swoim życiem, musi uczyć się prawdy o całym sobie.
Misja zaczyna się od zmiany pytania
Najmocniejsze połączenie z główną drogą Oblężenia pojawiło się jednak wtedy, gdy Mariusz przywołał jedno z podstawowych odwróceń perspektywy w logoterapii Viktora Frankla:
przestań pytać, czego oczekujesz od życia, a zacznij pytać, czego życie oczekuje od ciebie.
I natychmiast połączył to z tym, co podczas Oblężenia nazywaliśmy posłaniem: nie kiedyś, nie w abstrakcyjnej przyszłości, ale „dziś, teraz, w tym domu, przy tym stole”.
W języku drogi Ucznia–Misjonarza można powiedzieć jeszcze mocniej: uczeń przestaje pytać wyłącznie:
„Panie, co jeszcze chcesz mi dać?”
i zaczyna pytać:
„Panie, co chcesz zrobić przeze mnie?”
To jest moment przejścia od ucznia do misjonarza.
Posłanie nie zaczyna się wtedy, kiedy naprawię całą swoją przeszłość
Kolejne ważne dopowiedzenie dotyczy odpowiedzialności.
W pracy mediatora Mariusz wielokrotnie spotyka ludzi mówiących językiem losu: „tak wyszło”, „to przez nią”, „tak mnie wychowano”, „nie mogłem inaczej”. Nie negując krzywdy ani wpływu przeszłości, proponuje zmianę pytania. Nie tylko: „Dlaczego to się wydarzyło?”, ale przede wszystkim: „Co teraz z tym zrobisz?”
To bardzo mocno rozwija etap odpowiedzialności na drodze Ucznia–Misjonarza.
Nie wybieram wszystkiego, co mnie spotkało. Nie mam wpływu na całą swoją historię. Nie cofnę choroby, zdrady, własnego błędu ani doznanej krzywdy. Pozostaje jednak przestrzeń, w której mogę odpowiedzieć.
Dlatego misjonarzem nie zostaje człowiek bez historii, ran i błędów. Misjonarzem może stać się właśnie człowiek, który pyta Boga: co mogę zrobić dzisiaj z tym, co wydarzyło się wczoraj?
Nawet twoja rana może przestać być tylko twoją raną
W tym miejscu pojawia się jedna z najbardziej poruszających myśli całego wystąpienia.
Mariusz mówi o własnym doświadczeniu człowieka „odbudowanego” i o ludziach, którzy później przechodzili przez jego gabinet, odzyskując nadzieję. Zadaje więc pytanie, czy dobro, które dzisiaj może przekazywać innym, nie jest jednym z sensów odkrywanych w historii, której sam dla siebie nie wybrał.
To bardzo ważna perspektywa dla Ucznia–Misjonarza: Bóg nie musi być autorem naszego cierpienia, aby potrafił wyprowadzić z niego dobro i uczynić nasze doświadczenie miejscem służby drugiemu człowiekowi. Mariusz sam zaznacza, że są doświadczenia, których Bóg dla człowieka nie chciał, ale skoro już się wydarzyły, mogą zostać przez Niego wykorzystane ku dobru.
Wtedy świadectwo przestaje być opowieścią o sobie.
Staje się posłaniem.
To, przez co przeszedłem, może kiedyś pomóc mi powiedzieć innemu mężczyźnie:
„Znam tę drogę. Nie musisz iść nią sam”.
Misjonarz potrzebuje zadania
Bardzo męskim i praktycznym elementem konferencji było również podkreślenie znaczenia zadania.
Mariusz opowiadał o mężczyznach, którzy utracili niemal wszystko i pytali: „Po co mam się jeszcze starać?”. Niekiedy punktem odbudowywania ich godności nie było kolejne pouczenie, ale otrzymanie konkretnej odpowiedzialności: klucza do kuchni, troski o jakiś obszar wspólnego życia, zadania, dzięki któremu mogli ponownie odkryć: jestem potrzebny.
To znakomicie współbrzmi z posłaniem Ucznia–Misjonarza.
Człowiek potrzebuje nie tylko usłyszeć, że jest wartościowy. Potrzebuje również odkryć, komu może służyć, za kogo może wziąć odpowiedzialność i gdzie jego obecność naprawdę jest potrzebna.
Misja ma imię, twarz, adres i konkretne zadanie.
Nadzieja odzyskuje siłę, kiedy zaczynam ją dawać
Tutaj dochodzimy do najważniejszego wkładu Mariusza w całość Oblężenia.
Przywołując własne doświadczenia pracy terapeutycznej, mówił o wychodzeniu człowieka poza skupienie wyłącznie na własnym cierpieniu, ku dziecku, pracy, drugiemu człowiekowi, pomocy komuś potrzebującemu i przekazywaniu nadziei dalej.
Nie chodzi o zaprzeczanie własnemu bólowi ani uciekanie od leczenia. Chodzi o odkrycie, że człowiek nie spełnia się poprzez coraz dokładniejsze krążenie wokół samego siebie.
Uczeń zaczyna wychodzić poza siebie.
I właśnie wtedy staje się misjonarzem.
Także wspólnota może zatrzymać Ewangelię dla siebie
Szczególnie ważne dla całego doświadczenia Oblężenia było rozszerzenie tej zasady z pojedynczego człowieka na wspólnotę.
Według Mariusza wspólnota również może zatrzymać nadzieję dla siebie — wtedy, kiedy całą swoją energię kieruje do wewnątrz, tworzy własny język, organizuje kolejne spotkania i wyjazdy, ale przestaje robić cokolwiek dla ludzi znajdujących się poza jej granicami. Wtedy pojawia się zawężanie kręgu, podział na „my” i „oni”, a wspólnota zamiast przekazywać otrzymane dobro dalej zaczyna żyć przede wszystkim sama dla siebie.
To jedno z najmocniejszych zdań skierowanych nie tylko do pojedynczego uczestnika, ale również do środowisk, ruchów i wspólnot obecnych na Oblężeniu.
Uczeń–Misjonarz dotyczy także wspólnoty.
Nie wystarczy dobrze się formować.
Nie wystarczy zbudować dobre relacje.
Nie wystarczy nawet doświadczać Boga.
Jeżeli otrzymane dobro nie zaczyna płynąć dalej, wspólnota zatrzymuje je w swoich rękach.
Misjonarz nie zawsze głosi. Czasem idzie z bratem do lekarza
Mariusz nadał również bardzo konkretną treść słowu „misja”.
Jeżeli widzę brata, który nie śpi, chudnie i słabnie, misją może być powiedzenie: „Pójdę z tobą do lekarza”.
Jeżeli ktoś zapętlił się w swoim lęku albo złości, misją może być: „Znam człowieka, który przez to przeszedł. Dam ci kontakt”.
Jeżeli ktoś ma wszystko, ale przestał widzieć sens, odpowiedzią może być: „Stary, jesteś mi potrzebny. W sobotę o dziewiątej czekam na ciebie”.
A jeżeli pojawiają się sygnały poważnego kryzysu, odpowiedzialność oznacza pozostanie przy człowieku i poszukanie profesjonalnej pomocy, zamiast pozostawienia go samego ze słowami, których nie wolno lekceważyć.
To jest bardzo konkretna ewangelizacja.
Nie zawsze mikrofon.
Nie zawsze konferencja.
Nie zawsze wielkie dzieło.
Czasami obecność, telefon, lekarz, wspólna praca, kontakt do specjalisty albo zwyczajne: „Jestem z tobą”.
Święty Józef: posłanie bez gwarancji
Na końcu Mariusz przywołał św. Józefa, o którym Ewangelia nie zanotowała żadnego wypowiedzianego słowa, ale zanotowała jego działanie: wstał, wziął Dziecię i Jego Matkę i poszedł do Egiptu.
Wstał i poszedł w nocy, kiedy nie widział całej drogi i nie miał pewności, jak wszystko się skończy.
To być może najlepszy obraz Ucznia–Misjonarza po konferencji Mariusza Feręczaka.
Nie człowieka, który już wszystko wie.
Nie człowieka, który niczego się nie boi.
Nie człowieka, który otrzymał gwarancję powodzenia.
Ale człowieka, który usłyszał wezwanie, rozpoznał swoją odpowiedzialność, wstał i zrobił następny krok.
Piłka musi być podana dalej
Dlatego metafora z początku konferencji powróciła na końcu i stała się właściwie streszczeniem całej drogi Ucznia–Misjonarza:
„Piłka zatrzymana to błąd. Podana dalej to gra”.
Tak samo nadzieja, którą zatrzymujemy wyłącznie dla siebie, gaśnie w naszych rękach, natomiast nadzieja podana drugiemu człowiekowi zaczyna żyć.
I chyba właśnie w tym miejscu Mariusz Feręczak wniósł do tegorocznego Oblężenia coś szczególnie ważnego.
Pokazał, że Uczeń–Misjonarz nie jest projektem człowieka idealnego, silnego i wolnego od lęku. Jest drogą człowieka prawdziwego, który uczy się rozpoznawać własny lęk, przyjmować pomoc, brać odpowiedzialność za to, na co ma wpływ, odkrywać sens pośród tego, czego zmienić nie może, a następnie wychodzić poza siebie ku ludziom, których Bóg postawił na jego drodze.
Bo misja nie zaczyna się wtedy, kiedy wreszcie wszystko będzie dobrze.
Misja zaczyna się wtedy, kiedy pośród tego, co jest, pytasz: „Panie, komu dzisiaj mogę podać nadzieję?”
I podajesz dalej.














