Zaznacz stronę

Nie zatrzymuj nadziei dla siebie

utworzone przez | 26. 09. 2026 | Nauczania 2026, OJG 2026, Wpisy

Mężczyzna w świecie pełnym lęku

Mariusz Feręczak

Jestem psychoterapeutą, logoterapeutą w trakcie szkolenia, pedagogiem resocjalizacji, mediatorem, interwentem kryzysowym, przez wiele lat byłem również sędzią siatkówki, ale przede wszystkim od dwudziestu pięciu lat jestem mężem jednej żony i ojcem czwórki dzieci. Nie mówię o tym po to, żeby zwiększyć wagę swoich słów, lecz dlatego, że wszystko, czym chcę się dzisiaj podzielić, ma związek właśnie z tymi obszarami mojego życia. Nie chcę przekazywać wam wyłącznie wiedzy podręcznikowej, ale opowiedzieć o doświadczeniu dawania nadziei i przyjmowania jej od innych ludzi, których Pan Bóg stawia na mojej drodze, a także o własnej walce z lękiem oraz o lęku ludzi, których spotykam w gabinecie.

Zacznę jednak od siatkówki.

Piłka zatrzymana w rękach

Jest w siatkówce taki gwizdek, którego zawodnicy bardzo nie lubią: piłka rzucona. Nie chodzi oczywiście o to, że ktoś rzucił piłkę przez siatkę, ale o sytuację, w której zawodnik przytrzymał ją zbyt długo albo zamiast prawidłowo odbić, wypchnął ją dalej.

Gwizdek.

Punkt dla przeciwnika.

Co ciekawe, zawodnik najczęściej nie zatrzymuje piłki dlatego, że nie potrafi jej odbić. Robi to dlatego, że wydaje mu się, iż jeśli potrzyma ją odrobinę dłużej, będzie miał nad nią większą kontrolę i poda ją dokładniej. Chce więc zyskać przewagę, a właśnie przez to traci punkt.

Zapamiętajcie ten obraz, bo będziemy do niego wracać.

Tytuł mojego wystąpienia brzmi: „Nie zatrzymuj nadziei dla siebie”. Nie jest to jednak tylko ładne hasło. Viktor Frankl, wiedeński psychiatra, twórca logoterapii, który przeszedł przez obozy koncentracyjne i stracił w nich wielu swoich najbliższych, pisał o czymś, co nazywamy samotranscendencją: człowiek spełnia się w tej mierze, w jakiej potrafi przekraczać samego siebie, wychodząc ku jakiejś sprawie albo ku drugiemu człowiekowi.

Z nadzieją jest podobnie jak z piłką.

Nadzieja zatrzymana wyłącznie dla siebie nie ma się gdzie zakorzenić. Zaczyna usychać w naszych rękach.

Nie obiecuję wam, że wszystko będzie dobrze

Jestem terapeutą i interwentem kryzysowym, dlatego nie stanę tutaj przed wami i nie powiem: „Panowie, wszystko będzie dobrze”.

Przeciwnie.

Mogę wam niemal zagwarantować, że nie wszystko będzie dobrze.

W życiu będą rzeczy, które się nie udadzą. Przyjdą choroby, kryzysy, rozczarowania, konflikty, utrata czegoś albo kogoś ważnego, pojawią się sytuacje, których nie zaplanowaliśmy i których wcale nie chcieliśmy.

Pytanie brzmi więc nie: jak sprawić, żeby wszystko było dobrze?

Pytanie brzmi: co zrobić, kiedy dobrze nie będzie?

Jeżeli budzę się o czwartej rano i myślę o rachunkach, o dzieciach, o tym, co będzie za pięć lat, o wojnie czy o przyszłości, nie musi to oznaczać, że coś się we mnie zepsuło. Być może właśnie coś we mnie działa.

Mam w domu czujnik dymu. Kiedy zaczyna piszczeć, mogę zrobić dwie rzeczy. Mogę wstać, przejść po domu, zajrzeć do kuchni, piwnicy i kotłowni, żeby sprawdzić, skąd dochodzi niebezpieczeństwo.

Mogę też wyjąć baterię.

I my, mężczyźni, jesteśmy czasem specjalistami od wyjmowania baterii.

Cztery sposoby wyjmowania baterii

Pierwszym jest znieczulenie. Piwo, serial, telefon do późnej nocy, cokolwiek, co pozwoli przez chwilę nie słyszeć tego, co w nas piszczy.

Drugim jest złość, ponieważ złość jest głośniejsza od lęku i dla wielu mężczyzn mniej wstydliwa. Łatwiej się zezłościć, niż powiedzieć: „Boję się”.

Trzecim sposobem jest milczenie. To nasze słynne: „Wszystko jest w porządku”, wypowiedziane takim tonem, żeby nikt nie odważył się zapytać po raz drugi.

A czwartym jest rozpęd.

Jeszcze jedna robota. Jeszcze jedno zadanie. Jeszcze jedne rekolekcje. Jeszcze jedna służba. Jeszcze jedno spotkanie.

Byle się nie zatrzymać.

Tymczasem piszczący czujnik bardzo często nie jest naszym wrogiem. W języku logoterapii możemy mówić o frustracji egzystencjalnej, która nie musi oznaczać choroby, lecz może być alarmem.

Alarm nie mówi: „Jesteś zepsuty”.

Mówi: „Sprawdź, gdzie się pali”.

Z którego piętra dochodzi alarm?

Logoterapia patrzy na człowieka jako na jedność trzech wymiarów: cielesnego, psychicznego i duchowego, nazywanego również noetycznym. Nie są to trzy osobne kawałki człowieka, lecz raczej trzy piętra tego samego domu.

Kiedy więc alarm zaczyna piszczeć, naszym zadaniem jest sprawdzić, z którego piętra dochodzi.

Bo pomyłka może nas kosztować bardzo dużo.

Przyszedł kiedyś do mnie mężczyzna, pięćdziesięciojednoletni, który powiedział:

„Straciłem wiarę. Nic mnie nie cieszy. Chyba oddaliłem się od Pana Boga”.

W ciągu roku był na kilku rekolekcjach, w tym ignacjańskich. Zapytałem go:

„Kiedy ostatnio robił pan morfologię?”

Nie pamiętał.

Powiedziałem mu wtedy zdanie, które później wielokrotnie powtarzałem:

„Zanim pojedziesz na kolejne rekolekcje, zrób morfologię”.

Nie jest to brak szacunku do rekolekcji ani do życia duchowego. Chodzi o to, żeby nie pomylić pięter. Problemy z tarczycą, niedobory, bezdech senny, wieloletnie niedosypianie czy nadużywanie alkoholu mogą dawać objawy, które człowiek interpretuje jako kryzys duchowy.

Nie ma nic pobożnego w tym, żeby nie pójść do lekarza.

Czasem im bardziej walczysz z lękiem, tym bardziej go karmisz

Na innym piętrze znajduje się psychika.

Przyszedł do mnie kiedyś lektor, który podczas czytania w kościele zaczął się jąkać. Tak bardzo przestraszył się, że sytuacja się powtórzy, iż przez cały tydzień myślał tylko o jednym: byle w niedzielę się nie zaciąć.

Wchodził więc na ambonę, stawał przed mikrofonem i o czym myślał?

O jąkaniu.

A skoro myślał o jąkaniu, zaczynał się jąkać.

Bał się objawu, więc objaw przychodził. Kiedy przychodził, bał się jeszcze bardziej, a wtedy objaw stawał się jeszcze silniejszy.

Czasami bowiem im bardziej walczymy z lękiem, tym więcej miejsca mu oddajemy.

Jedną z metod logoterapii jest w takich sytuacjach tak zwana intencja paradoksalna. Powiedziałem więc temu człowiekowi, żeby spróbował zrobić coś odwrotnego: zamiast za wszelką cenę się nie jąkać, niech postanowi, że w następną niedzielę zająknie się najpiękniej na świecie, tak żeby wszyscy zapamiętali jego występ.

Tydzień później wrócił trochę zdenerwowany:

„Panie Mariuszu, próbowałem. Nie udało się. Ani razu się nie zaciąłem”.

To nie jest magiczna sztuczka, ale zmiana kierunku. Z lękiem czasem nie trzeba walczyć. Trzeba przestać mu nadskakiwać i pozwolić, aby przestał zajmować całe pole widzenia.

A jeśli mam wszystko, tylko nie wiem, po co wstać?

Jest jeszcze trzecie piętro — wymiar duchowy, noetyczny.

Wyobraźmy sobie człowieka, który właściwie ma wszystko. Jest praca, dom, dzieci prawie dorosłe, kredyt spłacony, zdrowie dopisuje. Tyle że kiedy przychodzi niedzielne popołudnie, nie wie, co ze sobą zrobić.

W tygodniu jest dobrze, bo można działać.

Praca.

Obowiązki.

Półtora etatu.

Zadania.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy trzeba odpocząć.

Frankl opisywał takie doświadczenie jako „nerwicę niedzielną”, w której tygodniowy rozpęd przestaje zasłaniać egzystencjalną pustkę. Podobnie działa życie prowizoryczne, życie ciągle odkładane na później:

„Zacznę żyć, kiedy spłacę kredyt”.

„Odpocznę, kiedy dzieci pójdą na studia”.

„Zajmę się małżeństwem, kiedy skończy się ten trudny okres w pracy”.

Tylko że życie nie zacznie się kiedyś.

Ono dzieje się teraz.

Przestań pytać, czego oczekujesz od życia

Jednym z najważniejszych odwróceń perspektywy, jakie proponował Frankl, było odejście od pytania:

„Czego oczekuję od życia?”

i zastąpienie go pytaniem:

„Czego życie oczekuje ode mnie?”

  • Dzisiaj.
  • Teraz.
  • W tym domu.
  • Przy tym stole.
  • W tym autobusie.
  • W tej wspólnocie.

Właśnie to przez cały dzień nazywamy tutaj posłaniem.

Można powiedzieć, że logoterapia opisuje innym językiem coś, co jako chrześcijanie znamy bardzo dobrze: moje życie nie jest wyłącznie projektem samorealizacji. Jest odpowiedzią.

A odpowiedź zawsze zakłada, że wcześniej ktoś albo coś mnie wezwało.

Nie wszystko możesz zmienić. Zawsze możesz odpowiedzieć

W pracy mediatora często słyszę język losu:

„Tak wyszło”.

„To przez nią”.

„Nie miałem wyjścia”.

„Tak mnie wychowano”.

„Miałem trudne dzieciństwo”.

„Nie mogłem inaczej zareagować”.

Nie chodzi o to, żeby zaprzeczać temu, co się wydarzyło, umniejszać krzywdę albo udawać, że przeszłość nie ma znaczenia. Są rzeczy, których naprawdę nie wybieraliśmy.

Ale pozostaje pytanie:

Co zrobisz z tym teraz?

Nie zmienisz tego, co wydarzyło się trzy lata temu.

Możesz jednak zdecydować, co zrobisz w środę o siedemnastej, kiedy przyjedziesz po swoje dzieci.

I właśnie tutaj zaczyna się odpowiedzialność.

Trzy miejsca, w których można odnaleźć sens

Logoterapia wskazuje trzy podstawowe drogi odkrywania sensu.

Pierwszą są wartości twórcze — to, co robię i co po mnie zostaje: praca, wychowane dziecko, naprawiony płot sąsiada, zbudowana wspólnota, konkretne dobro, które wprowadzam w świat.

Drugą są wartości doznaniowe — to, czego doświadczam i co świat pozostawia we mnie: miłość, relacja z żoną, przyjaźń, piękno gór, spotkanie z drugim człowiekiem.

Trzecią są wartości postawy — sposób, w jaki odpowiadam na to, czego już nie mogę zmienić.

To ostatnie jest szczególnie ważne, ponieważ cierpienia, którego możemy uniknąć, nie należy gloryfikować. Jeśli mogę coś naprawić, powinienem to zrobić.

Ale bywają sytuacje, w których pewnych drzwi nie da się już otworzyć.

Wtedy nadal pozostaje pytanie:

Jaką postawę wobec tego przyjmę?

Czasem jedyną rzeczą, którą człowiek w cierpieniu ma zrobić, jest wytrwać. Nie trzeba wtedy udawać bohatera ani udowadniać światu, jaki jestem silny.

Czasem jesteśmy po prostu mali.

Ale nawet wtedy pozostaje nam możliwość odpowiedzi.

„Co ty z tym teraz zrobisz?”

Nie pytam człowieka wyłącznie: „Dlaczego to się stało?”

Pytam również:

„Co ty z tym teraz zrobisz?”

Jeżeli popełniłeś błąd, ale z niego wyszedłeś, może właśnie dlatego powinieneś kiedyś stanąć przed innymi i przez piętnaście minut opowiedzieć swoje świadectwo.

Może doświadczenie, którego Bóg dla ciebie nie chciał, ale które już się wydarzyło, może zostać przez Niego wykorzystane do dobra.

Sam jestem człowiekiem odbudowanym i również muszę sobie przypominać, że nie wolno mi zatrzymać nadziei dla siebie. Być może właśnie dlatego ludzie, którzy później przechodzili przez mój gabinet — czasem bardzo poranieni, pogubieni, uzależnieni, po kryzysach — mogli wychodzić z niego z podniesioną głową.

Może moje doświadczenie nie było wyłącznie o mnie.

Ostatnia wolność człowieka

Frankl, który wiedział, czym jest doświadczenie skrajnego cierpienia, pisał, że człowiekowi można odebrać niemal wszystko, ale pozostaje jedna z ostatnich ludzkich wolności: możliwość wyboru własnej postawy wobec okoliczności, w których się znalazł.

To właśnie jest odpowiedzialność.

Miłość bez odpowiedzialności staje się pustym słowem.

Wolność bez odpowiedzialności również przestaje być prawdziwą wolnością.

Nie zawsze możemy wybierać rozwiązania wygodne, ale możemy wybierać rozwiązania sensowne.

„Jest źle. I mimo to zrób swoje”

To, co Frankl nazywał „mocą przekory ludzkiego ducha”, nie ma nic wspólnego z naiwnym pozytywnym myśleniem.

Pozytywne myślenie może powiedzieć:

„Nie jest tak źle”.

„Wszystko będzie dobrze”.

„Myśl pozytywnie”.

A przekora ducha mówi:

„Tak, jest źle. Naprawdę jest źle. I mimo to zrób swoje”.

Masz prawo cierpieć.

Masz prawo się bać.

Masz prawo źle się czuć, kiedy wydarzyło się coś złego.

Jeżeli człowiek przychodzi do mnie i opowiada, że stracił pracę, ma kryzys w małżeństwie, jego dziecko jest chore, a dzień wcześniej rozbił samochód, to fakt, że źle się czuje, nie jest jeszcze dowodem choroby psychicznej.

Byłoby raczej dziwne, gdyby w takiej sytuacji czuł się znakomicie.

Pytanie brzmi nie: „Jak przestać czuć?”

Pytanie brzmi: „Co zrobię pomimo tego, co czuję?”

Człowiek potrzebuje zadania

Pracowałem z mężczyznami, którzy utracili niemal wszystko: żony, dzieci, pracę, mieszkanie, pieniądze, poczucie własnej godności. Niektórzy wychodzili z zakładów karnych po wielu latach.

Bardzo często słyszałem:

„Wszystko przegrałem. Po co mam się jeszcze starać?”

I wiecie, co czasami działało lepiej niż długie przemowy?

Zadanie.

Klucz do kuchni.

Odpowiedzialność za porządek.

Segregacja śmieci.

Coś konkretnego, dzięki czemu człowiek mógł powiedzieć: jestem komuś potrzebny.

Zadanie jest jednym z ważnych źródeł odporności psychicznej, ponieważ wyciąga człowieka poza niego samego.

I znowu wracamy do tego samego: nadzieja zaczyna rosnąć wtedy, kiedy przestaję trzymać ją wyłącznie dla siebie.

Wiara jest ogromnym zasobem

W pracy terapeutycznej spotykam wielu ludzi wierzących i mogę powiedzieć bardzo wyraźnie: wiara może być ogromnym zasobem człowieka.

Nie jest objawem, który trzeba leczyć.

Nie trzeba wybierać między poważną psychoterapią a wiarą w Boga.

Trzeba natomiast uważać, żeby wiara rzeczywiście niosła nadzieję, a nie stawała się kolejnym źródłem lęku. Spotykam ludzi, dla których wiara jest najmocniejszą belką podtrzymującą całą konstrukcję życia, ale spotykam również takich, u których Bóg zamienił się w kontrolera, sumienie w prokuratora, a spowiedź w składanie zeznań.

Warto więc pytać siebie, czy moja relacja z Bogiem prowadzi mnie ku większej wolności, odpowiedzialności i nadziei, a jeśli rodzi wyłącznie paraliżujący lęk, warto porozmawiać o tym również z dobrym kierownikiem duchowym.

Wspólnota także może zatrzymać nadzieję dla siebie

To samo dotyczy wspólnot.

Wspólnota zaczyna zatrzymywać nadzieję dla siebie wtedy, kiedy przestaje robić cokolwiek dla ludzi spoza własnego kręgu, kiedy cała jej energia zaczyna płynąć do wewnątrz: własne spotkania, własne wyjazdy, własny język, własne problemy i własne środowisko.

Najpierw zawęża się krąg.

Później pojawia się podział na „my” i „oni”.

A wspólnota, która miała nieść nadzieję światu, zaczyna żyć przede wszystkim sama dla siebie.

Z nią jest dokładnie tak samo jak z piłką siatkarską.

Nadzieja zatrzymana w rękach gaśnie.

Nadzieja nie zawsze oznacza: „pomodlę się za ciebie”

Święty Piotr wzywa, abyśmy byli gotowi do uzasadnienia nadziei, która jest w nas. To oznacza, że nadzieja nie została nam dana po to, żeby ją przechowywać, ale żeby ją podać wtedy, kiedy ktoś jej potrzebuje.

I nie zawsze robi się to słowami.

Jeżeli widzę, że mój brat chudnie, nie śpi, jest szary i wyczerpany, nie wystarczy powiedzieć:

„Będę się za ciebie więcej modlił”.

Modlitwa jest ważna, ale być może trzeba powiedzieć:

„Pójdę z tobą do lekarza”.

Jeżeli widzę człowieka, który zakręcił się w swoich emocjach, złości czy lęku, mogę powiedzieć:

„Znam kogoś, kto przez to przeszedł. Dam ci do niego kontakt”.

Jeżeli widzę człowieka, który ma pracę, rodzinę i zdrowie, ale nie widzi już sensu wstawania z łóżka, być może zamiast tłumaczyć mu, że życie jest piękne, trzeba powiedzieć:

„Stary, jesteś mi potrzebny. W sobotę o dziewiątej czekam na ciebie. Zrobimy coś razem”.

Dać mu zadanie.

Pokazać mu, że jest potrzebny.

A są również sytuacje, kiedy trzeba przestać być tylko kolegą. Jeżeli taki stan trwa tygodniami, człowiek przestaje spać, chudnie, słabnie, mówi, że lepiej byłoby bez niego albo zaczyna zachowywać się tak, jakby żegnał się ze swoim życiem, nie wolno zostawiać takich sygnałów bez odpowiedzi.

Wtedy trzeba przy nim zostać i szukać profesjonalnej pomocy.

Święty Józef wstał i poszedł

Na koniec chcę wrócić do człowieka, u którego stóp tutaj jesteśmy, choć w Ewangelii nie zapisano ani jednego jego słowa.

O świętym Józefie napisano natomiast coś innego:

wstał, wziął Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu.

Wstał.

Wziął.

Poszedł.

W nocy, kiedy nic nie było widać.

Nie miał wszystkich odpowiedzi. Nie miał pewności, jak skończy się droga.

Po prostu ruszył.

Jako ojciec czwórki dzieci wiem, że czasami właśnie tak wygląda odpowiedzialność: trzeba ruszyć przed świtem w nieznane, choć nie mamy gwarancji, że wszystko pójdzie zgodnie z planem.

Podaj dalej

I dlatego na koniec wracam na boisko.

Piłka zatrzymana w rękach to błąd. Piłka podana dalej — to gra.

Tak samo jest z nadzieją.

Nadzieja, którą zatrzymam wyłącznie dla siebie, może zgasnąć mi w rękach. Ta, którą dzisiaj komuś podam, może kiedyś wrócić do mnie z drugiej strony siatki.

Dlatego zapytaj człowieka obok, czy ma przyjaciela. Zapytaj, czy ma wspólnotę. Nie jesteśmy stworzeni do życia opartego tylko na jednej nodze. Potrzebujemy relacji, rodziny, przyjaciół, wspólnoty, pracy, odpoczynku, zainteresowań, a przede wszystkim potrzebujemy ludzi, którym możemy coś dać i od których sami możemy przyjąć pomoc.

Bo być może właśnie na tym polega nadzieja Ucznia–Misjonarza: nie na przekonaniu, że nic złego mnie nie spotka, ale na świadomości, że cokolwiek mnie spotka, nadal mogę odpowiedzieć, nadal mogę wybrać postawę, nadal mogę zrobić coś sensownego i nadal mogę stać się dla kogoś człowiekiem, który poda nadzieję dalej.

Nie zatrzymuj jej więc dla siebie.

Podaj dalej. Niech gra trwa.

 

Partnerzy