Nikt nie jest posłany samotnie
Karol Gnat
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
To chyba najtrudniejsze świadectwo, bo najkrótsze, dlatego muszę spróbować wyciągnąć z serca syntezę tego, co wydarzyło się w moim życiu siedem lat temu.
Zanim jednak zacznę, chcę się pomodlić:
Panie Jezu, pragnę być Twoimi myślami i sercem. Niech w tym świadectwie wypełnia się Twoja wola, a nie moje widzimisię.
Nazywam się Karol Gnat. Jestem dziennikarzem i prezenterem telewizyjnym, producentem filmowym, od dwudziestu lat związanym z mediami. Jako bardzo młody człowiek dostałem szansę prowadzenia dużego programu telewizyjnego, a mając zaledwie dwadzieścia siedem lat, osiągnąłem właściwie to, o czym wcześniej mogłem tylko marzyć.
Pan Bóg spełniał marzenia młodego chłopaka z niewielkiej miejscowości na Mazowszu.
Problem polegał na tym, że ten chłopak wszystkie sukcesy przypisywał sobie.
Z Karola trzeba było zrobić Pawła
Mam na imię Karol Paweł i dzisiaj widzę w tych dwóch imionach pewien obraz mojego życia.
Przez pierwsze trzydzieści lat byłem przede wszystkim Karolem — królem, dzielnym wojownikiem, człowiekiem, który każdy większy i mniejszy sukces przypisywał własnym zdolnościom, pracy i sile.
W 2019 roku Bóg jakby zmienił moje imię na to drugie — Paweł, czyli „mały” — pokazując mi, że jeżeli naprawdę chcę w życiu stać się wielkim, najpierw muszę zgodzić się być małym.
Tyle że ta lekcja przyszła w momencie, w którym moje życie zaczęło się rozpadać.
W 2019 roku praktycznie rozwaliłem swoją rodzinę.
Umarłem duchowo.
Miałem przecież wszystko, czego młody ambitny człowiek może pragnąć. Dobrą pracę, bardzo dobre pieniądze, Warszawę, karierę na wyciągnięcie ręki. Wiedziałem, że świat mediów potrafi wciągnąć, a jednocześnie wyniosłem z domu tradycyjną religijność. Szczególną osobą była dla mnie babcia, która była prawdziwym sanktuarium naszego domu i wymodliła dla nas wiele łask.
Kiedy jej zabrakło, sanktuarium jakby upadło.
Po wyjeździe na studia przestałem chodzić z Bogiem. W kościele bywaliśmy sporadycznie, moja relacja z Nim była okazjonalna, a ja nie miałem na takie rzeczy czasu, ponieważ pędziłem jak chomik zamknięty w kołowrotku, próbując ciągle zdobywać więcej i zaspokajać kolejne potrzeby, które sam uczyniłem sensem swojego życia.
Wiedziałem, kim jestem dla świata. Nie wiedziałem, kim jestem naprawdę
W końcu dotarłem do miejsca, w którym nie potrafiłem już odpowiedzieć na najbardziej podstawowe pytanie:
Kim jestem?
Wiedziałem, kim jestem dla świata. Byłem mężem, ojcem, dziennikarzem, prezenterem, synem, kolegą, przyjacielem.
Ale kiedy próbowałem odpowiedzieć sobie, kim jestem wewnętrznie, po co zostałem stworzony, jaki jest sens mojego życia i co będzie dalej, nie znajdowałem odpowiedzi.
Doszedłem do miejsca, w którym nie potrafiłem już normalnie funkcjonować. Pojawiały się myśli o odebraniu sobie życia, o zostawieniu rodziny, o rozpoczęciu wszystkiego od nowa, jak gdyby ucieczka od dotychczasowego życia mogła rozwiązać problemy, które nosiłem przede wszystkim w sobie.
Rozpadała się moja relacja z żoną i dziećmi, a ja coraz mocniej doświadczałem wewnętrznej pustki.
I właśnie decyzja o wyjściu z domu, która po ludzku wyglądała jak kolejny etap katastrofy, stała się równocześnie początkiem momentu, w którym Bóg zaczął odzyskiwać miejsce w moim życiu.
Byłem genialnym egoistą
Nie miałem wtedy żadnej wspólnoty. Właściwie nie miałem nawet kolegów, bo wcześniej poodcinałem się od ludzi.
Wydawało mi się, że realizuję swoje najważniejsze zadania jako mąż i ojciec, a dzisiaj potrafię powiedzieć wprost: nie byłem ani dobrym mężem, ani dobrym ojcem.
Za to byłem genialnym egoistą.
Świetnym megalomanem i człowiekiem budującym własną legendę, fantazjującym na temat siebie, swoich możliwości, przyszłości, wiedzy i doświadczenia. Między tym, kim chciałem siebie widzieć, a rzeczywistością pojawiała się coraz większa przepaść, a ponieważ nie potrafiłem tej rzeczywistości przyjąć, próbowałem dostarczać sobie kolejnych przyjemności, które miały rekompensować ból i cierpienie wewnętrzne.
Dzisiaj widzę, że problemem nie było jedynie to, iż oddaliłem się od Boga.
Odciąłem się także od ludzi.
Zostałem sam ze sobą.
A człowiek zamknięty wyłącznie we własnym świecie bardzo łatwo zaczyna wierzyć w swoją własną opowieść o sobie.
Ostatnią rzeczą, którą zabrałem z domu, był różaniec
Kiedy wyprowadzałem się z domu, ostatnią rzeczą, którą zabrałem ze sobą, był różaniec.
Do dziś mnie to zastanawia, bo właściwie nie miał prawa znajdować się w miejscu, w którym go wtedy zobaczyłem. Nie prowadziłem przecież życia modlitewnego i nie miałem żywej relacji z Bogiem.
A jednak go wziąłem.
Tego samego dnia trafiłem do kościoła Świętego Krzyża na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie i usiadłem przed Najświętszym Sakramentem.
Pomyślałem o babci. Wiedziałem, że ona modliła się do Boga, że miała „swojego Pana Boga”, więc być może On jakoś mnie uratuje.
Jak trwoga, to do Boga.
Usiadłem więc przed Nim i zacząłem opowiadać.
A właściwie — skarżyć.
Na żonę.
Na innych ludzi.
Na wszystkich, którzy według mnie przyczynili się do miejsca, w którym się znalazłem.
„A ty? Chcesz zobaczyć siebie tak, jak Ja ciebie widzę?”
Kiedy już zbierałem się do wyjścia z kościoła, wydarzyło się coś, czego nie potrafię inaczej opisać niż jako bardzo głębokie doświadczenie wewnętrzne.
W sercu pojawiło się pytanie:
„A ty? Czy chcesz teraz poznać siebie oczami, którymi Ja ciebie widzę?”
Opowiedziałem Bogu o wszystkich innych. Przedstawiłem Mu swoją rację.
Ale relacja nie może polegać wyłącznie na tym, że ja mówię.
Trzeba jeszcze pozwolić mówić Jemu.
Wróciłem więc do ławki i próbowałem słuchać, choć moja gadatliwość i potrzeba tłumaczenia wszystkiego natychmiast dawały o sobie znać. Wtedy przyszło kolejne bardzo proste wezwanie:
„Milcz. Tylko słuchaj”.
I chyba właśnie wtedy zacząłem rozumieć coś, czego wcześniej nie potrafiłem przyjąć:
relacja rodzi się ze słuchania.
Nie tylko z opowiadania Bogu, co powinien zrobić z moim życiem, jak gdybym wiedział o nim więcej niż On.
Bóg zaczął przysyłać ludzi
I wtedy wydarzyło się coś jeszcze.
Bóg zaprosił mnie do najpiękniejszej wspólnoty, którą wcześniej przez wiele lat krytykowałem, podważałem i oceniałem.
Do Kościoła.
Nie zrobił tego jednak abstrakcyjnie.
Zaczął przysyłać ludzi.
Konkretne osoby.
Konkretne wydarzenia.
Konkretne spotkania.
W bardzo krótkim czasie zaczął wyprowadzać mnie z błędów mojego życia, pokazując mi drogę, która często była zupełnie inna od tej, którą sam dla siebie zaplanowałem.
I właśnie to było dla mnie jednym z najtrudniejszych doświadczeń: zaprzeć się samego siebie i przyjąć, że nie moje myśli są ponad Jego myślami i nie moje drogi ponad Jego drogami.
Człowiek, który przez lata chciał być wielki, musiał nauczyć się być mały.
Musiałem zgodzić się na to, że nie wszystko rozumiem, nie nad wszystkim panuję i nie wszystko muszę sam wymyślić.
Wystarczy, że pozwolę się prowadzić.
„Boże, uratuj mnie”
Jednym z takich miejsc były Gliwice.
Podczas Eucharystii w uroczystość Chrystusa Króla doszedłem do miejsca absolutnej bezradności. Powiedziałem Bogu:
„Boże, moje życie się dzisiaj kończy. Jestem na jego skraju. Proszę Cię, uratuj mnie”.
Kilka minut później na ambonę wyszedł młody ksiądz i rozpoczął kazanie słowami, które odebrałem tak, jakby były skierowane bezpośrednio do mnie:
„Jeżeli ten dzień jest najgorszym dniem twojego życia, to dla Boga może być najpiękniejszym dniem, bo w końcu zacznie przejmować kontrolę nad twoim życiem”.
Przez następne kilkadziesiąt minut opowiadał historię pewnego mężczyzny.
Słuchałem i miałem wrażenie, że opowiada moje życie.
Pojawiały się nawet elementy, o których — w moim przekonaniu — wiedzieli tylko Bóg i ja.
Odebrałem to jako bardzo mocny znak: Bóg zawsze był blisko. Widział moje sukcesy, ale widział także całe cierpienie mojego życia.
Człowiek, którego nie znałem, zaczął mnie szukać
Bardzo chciałem wtedy spotkać księdza, który wygłosił to kazanie, ale szybko musiałem wrócić do pracy i do spotkania nie doszło.
Trzy tygodnie później, kiedy byłem już w Warszawie, ten ksiądz sam do mnie napisał.
Nie znał mnie.
Ja nie znałem jego.
A jednak powiedział, że Bóg nie daje mu spokoju i że czuje, iż powinien mnie odnaleźć.
Do dzisiaj jest to jedna z największych kotwic mojego życia, dzięki którym wiem, że Bóg jest, działa i potrafi przyprowadzić człowieka do człowieka.
Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych, a jednocześnie zostawia nam ogromną przestrzeń wolności.
Nie zniewala nas nawet swoją miłością.
Zaprasza.
Prowadzi.
Stawia ludzi.
Ale odpowiedź musi zapaść w naszym sercu.
Miłosierdzie, o które trzeba było zawalczyć
Kolejne bardzo ważne wydarzenie przyszło w Boże Narodzenie.
Od dziesięciu lat nie przystępowałem do spowiedzi.
Byłem ostatnim człowiekiem czekającym na sakrament, a ksiądz właśnie wychodził z konfesjonału, ponieważ za chwilę rozpoczynała się liturgia i mieliśmy śpiewać „Bóg się rodzi”.
Wtedy zrozumiałem, że czasami o miłosierdzie trzeba zawalczyć.
Dosłownie.
Zatrzymałem księdza i powiedziałem:
„Jeszcze ja”.
Usiadł.
Upadłem na kolana.
I po raz pierwszy od bardzo dawna przestałem się tłumaczyć.
Nie zrzucałem odpowiedzialności na żonę, dzieci, pracodawców czy okoliczności. Nie racjonalizowałem i nie próbowałem opowiedzieć historii w taki sposób, żeby samemu wypaść w niej trochę lepiej.
Powiedziałem po prostu swoje grzechy.
Taki, jaki byłem.
W nagości własnego serca.
Ta spowiedź trwała może trzydzieści sekund.
Ale właśnie tam wydarzyło się również przebaczenie dotyczące bardzo osobistej historii mojego życia, o której wiedzieliśmy tylko Bóg i ja.
I od tego momentu zacząłem doświadczać, jak Bóg przychodzi do mojego życia z kolejnymi łaskami, niemal jak z prezentami, które dziecko otwiera pod choinką.
Żeby zmartwychwstać, trzeba pozwolić umrzeć staremu człowiekowi
Kilka dni później, 28 grudnia 2019 roku, znalazłem się w sanktuarium na Krzeptówkach. Jeden z poznanych przeze mnie księży zaprowadził mnie nocą do miejsca, w którym przechowywane są pamiątki związane ze św. Janem Pawłem II, wśród nich krzyż kojarzony z jego ostatnią Drogą Krzyżową.
Przed tym krzyżem upadłem na posadzkę i przez długi czas trwałem w modlitwie.
To doświadczenie odebrałem jako bardzo osobiste zaproszenie Jezusa:
jeżeli chcesz zmartwychwstać, musisz pozwolić umrzeć temu, co było w tobie stare.
Zobaczyłem wtedy siebie jak dobrego łotra — człowieka, który nie ma już czego przed Bogiem udowadniać ani czym się przed Nim zasłaniać, lecz może po prostu przyjąć miłosierdzie.
Bo zanim Bóg przychodzi jako sprawiedliwy Sędzia, pozwolił mi spotkać siebie jako Boga miłosiernego.
Nie zostałem uratowany sam
Kiedy patrzę dzisiaj na tamte wydarzenia, widzę coś bardzo wyraźnie.
W najgłębszym kryzysie byłem człowiekiem samotnym.
Nie miałem wspólnoty.
Poodcinałem się od kolegów.
Oddalałem się od żony i dzieci.
Przez lata próbowałem sam budować siebie, własną karierę i własną legendę.
A kiedy zaczął się mój powrót, Bóg niemal natychmiast zaczął stawiać na mojej drodze ludzi.
Babcia zostawiła mi pamięć o modlitwie.
Różaniec znalazł się tam, gdzie mogłem go zobaczyć.
Kościół Świętego Krzyża stał się miejscem adoracji.
Ksiądz w Gliwicach wypowiedział słowa, których potrzebowałem.
Potem zaczął mnie szukać.
Inny kapłan usiadł ponownie w konfesjonale.
Jeszcze inny zaprowadził mnie przed krzyż.
A wszystko to wydarzało się w Kościele, który wcześniej tak łatwo krytykowałem.
Dlatego dzisiaj nie mogę powiedzieć:
„Sam się podniosłem”.
Nie podniosłem się sam.
Moje świadectwo jest świadectwem Kościoła
Chcę więc na końcu powiedzieć jedną rzecz szczególnie do was, mężczyzn tworzących wspólnoty.
Nie miałem szczęścia mieć wtedy takiej męskiej wspólnoty.
Ale miałem ogromne szczęście, że Bóg przyprowadził mnie do Kościoła.
Dlatego moje świadectwo nie jest wyłącznie świadectwem mojego nawrócenia.
To jest świadectwo Kościoła.
Jego ludzi.
Jego sakramentów.
Jego modlitwy.
Jego piękna, czasem niepojętego, a równocześnie niezwykle prostego.
Dzisiaj wiem także, dlaczego braterstwa nie wolno zatrzymywać dla siebie.
Być może gdzieś obok nas żyje człowiek podobny do mnie sprzed siedmiu lat — człowiek odnoszący sukcesy, którego wszyscy uważają za silnego, który świetnie wygląda na zewnątrz, a wewnętrznie nie potrafi już odpowiedzieć na pytanie, po co żyje.
Być może nie potrzebuje kolejnego pouczenia.
Być może potrzebuje, żeby ktoś go zauważył.
Żeby jakiś ksiądz zaczął go szukać.
Żeby jakiś mężczyzna do niego zadzwonił.
Żeby ktoś usiadł obok.
Żeby wspólnota zrobiła dla niego miejsce.
Bo nikt nie jest posłany samotnie i nikt nie powinien samotnie wracać do Boga.
A jeśli miałbym całe te siedem lat zamknąć w jednym zdaniu, powiedziałbym po prostu:
Bóg jest miłością.
I jeszcze jedno, czego nauczyłem się na własnym życiu:
przebaczenie czyni wolnym.
Chwała Panu.














