Zaznacz stronę

Od „dlaczego?” do „po co?” – Świadectwo Piotra Zworskiego

utworzone przez | 29. 09. 2026 | OJG 2026, Świadectwa, Wpisy

Od „dlaczego?” do „po co?”

Świadectwo Piotra Zworskiego

Panie Jezu, dziękuję Ci za to spotkanie, za słowo, którego mogliśmy dzisiaj słuchać, i za ludzi, których postawiłeś przed nami. Dziękuję Ci również za wszystkie doświadczenia naszego życia, także te trudne, których nie rozumiemy i których sami nigdy byśmy nie wybrali, a które mimo wszystko mogą prowadzić nas ku dojrzewaniu.

Kiedy słuchałem dzisiaj Mariusza, wróciła do mnie moja własna, trwająca dwanaście lat droga z córką. Przez te dwanaście lat zadawałem sobie właściwie dwa pytania.

Najpierw było:

„Dlaczego?”

Później pojawiło się drugie:

„Po co?”

I dzisiaj wiem, że pomiędzy tymi dwoma pytaniami wydarzyła się jedna z najważniejszych dróg mojego życia.

„Dlaczego?”

Kiedy rodzi ci się ciężko niepełnosprawne dziecko, pytanie „dlaczego?” przychodzi niemal samo.

Dlaczego moje dziecko nie mówi?

Dlaczego leży?

Dlaczego wymaga dwudziestoczterogodzinnej opieki?

Dlaczego właśnie ono?

Dlaczego właśnie my?

Dlaczego tak wygląda nasze życie?

Można zadawać te pytania bez końca. Ja również je zadawałem i przez długi czas w nich tonąłem, ponieważ człowiek może tak bardzo skoncentrować się na poszukiwaniu przyczyny swojego cierpienia, że w pewnym momencie właściwie cały się w tym pytaniu zakopie.

Najtrudniejsze było jednak to, że nikt nie potrafił mi na nie odpowiedzieć.

Ani lekarze.

Ani medycyna.

Ani nawet Kościół nie dawał mi prostej odpowiedzi, która wyjaśniałaby, dlaczego właśnie nasze dziecko urodziło się chore i dlaczego nasza rodzina dostała taką historię.

Medycyna potrafiła powiedzieć „co”

Medycyna potrafiła natomiast bardzo dokładnie opowiedzieć mi, co dzieje się z organizmem mojej córki.

Lekarze wyjaśniali funkcjonowanie jej jelit, oczu, mózgu i kolejnych narządów, tłumaczyli, co działa prawidłowo, a co nie funkcjonuje tak, jak powinno. Dostawałem coraz więcej wiedzy o chorobie mojego dziecka i ta wiedza była niezwykle potrzebna.

Ale nawet najbardziej precyzyjny opis medyczny nie odpowiadał na moje najgłębsze pytanie.

Medycyna mogła powiedzieć mi „co?”.

Nie potrafiła powiedzieć „po co?”.

I nie mówię tego przeciwko medycynie. Przeciwnie — do dzisiaj uważam, że człowiek musi stać na dwóch nogach. Jedną z nich jest medycyna, bo to właśnie dzięki niej moja córka mogła przeżyć te dwanaście lat.

Ale obok niej jest druga noga.

Wiara.

Bóg, który przez swoje Słowo i przez ludzi stawianych na mojej drodze stopniowo otwierał przede mną inne pytanie.

„Po co?”

W pewnym momencie ktoś powiedział mi, że oprócz pytania „dlaczego?” istnieje jeszcze inne:

„Po co?”

To nie jest to samo pytanie.

„Dlaczego?” szuka przyczyny.

„Po co?” zaczyna pytać o sens.

I właśnie w tę przestrzeń zaczął mnie zapraszać Bóg:

Gdzie w tym wszystkim może być sens?

Nie dlatego, że samo cierpienie nagle staje się dobre. Nie dlatego, że choroba dziecka zaczyna być czymś, czego należałoby pragnąć. Nie dlatego, że można łatwo wyjaśnić rodzicom, dlaczego ich dziecko cierpi.

Samo cierpienie dla cierpienia jest bez sensu.

Miałem zaprzyjaźnionego księdza pracującego między innymi z dziećmi chorymi onkologicznie, który bardzo mocno reagował, kiedy w obecności matki pochylonej nad cierpiącym dzieckiem ktoś zbyt łatwo zaczynał mówić o „zbawczej mocy cierpienia”.

Bo takie zdanie może stać się frazesem.

Człowiek cierpiący nie potrzebuje łatwej odpowiedzi.

Sens trzeba dopiero odkryć.

A na to potrzeba czasu.

Mnie zajęło to lata.

Trzeba stać na dwóch nogach

Dlatego bardzo mocno zostało we mnie to, co wcześniej mówił Mariusz: trzeba stać na dwóch nogach.

Z jednej strony medycyna.

Z drugiej — wiara.

Nie muszę wybierać między nimi.

Medycyna przez dwanaście lat pomagała ratować życie mojej córki, tłumaczyła mi jej stan i dawała konkretne możliwości działania. Wiara nie zastępowała lekarzy i nie próbowała odpowiadać na pytania należące do medycyny.

Robiła coś innego.

Pozwalała mi pytać o sens.

Bóg próbował do mnie docierać przez swoje Słowo, ale również przez ludzi, których stawiał na mojej drodze i których stawia na niej do dzisiaj.

I stopniowo zacząłem pytać inaczej:

Co moja córka zrobiła w moim życiu?

Co wydarzyło się przez te dwanaście lat w naszej rodzinie?

Co Bóg pozwolił mi zobaczyć dzięki jej obecności?

Moja córka stała się jak ołtarz

I wtedy zobaczyłem coś niezwykłego.

Moja córka nas zjednoczyła.

Czasami, kiedy jestem proszony o powiedzenie kilku słów dzieciom pierwszokomunijnym, opowiadam im historię ołtarza, który mieliśmy w naszym domu.

Raz w miesiącu przychodził do nas ksiądz i odprawiał Mszę Świętą, żeby moja córka mogła przyjąć Komunię. Ze względu na swój stan przyjmowała ją pod postacią Krwi Pańskiej.

Kiedy ksiądz przychodził, cała rodzina gromadziła się wokół jej łóżka.

Staliśmy dookoła.

Tak jak Kościół gromadzi się wokół ołtarza.

I pewnego dnia zobaczyłem, że ona sama stała się dla naszej rodziny jak ołtarz.

Gromadziła nas wokół siebie.

To jest obraz, który został we mnie do dzisiaj.

Nie dlatego, że jej choroba była dobra.

Nie dlatego, że cierpienie samo w sobie było potrzebne.

Ale dlatego, że pośród rzeczywistości, której nie wybraliśmy i której nie potrafiliśmy zmienić, wydarzyło się dobro, którego wcześniej nie umiałem zobaczyć.

Rodzina zaczęła gromadzić się wokół jej łóżka.

Przychodził ksiądz.

Była Eucharystia.

Była Komunia.

Byliśmy razem.

A ja zacząłem patrzeć inaczej.

Zobaczyłem w niej Chrystusa

I właśnie tam wydarzyło się coś, co dzisiaj uważam za jedno z najważniejszych doświadczeń mojego życia.

Patrząc na moją córkę, zobaczyłem Chrystusa.

Nie jako teorię.

Nie jako pobożne zdanie, którym można próbować wyjaśnić cierpienie.

To było dla mnie bardzo konkretne, niemal namacalne doświadczenie spotkania.

Chrystus był obecny w tym dziecku, które nie mówiło, leżało i potrzebowało całodobowej opieki.

Był obecny w naszej rodzinie zgromadzonej wokół jej łóżka.

Był obecny w Eucharystii sprawowanej w naszym domu.

Był w tych wszystkich latach, podczas których tak długo pytałem: „Dlaczego?”.

I dopiero po czasie zacząłem rozumieć, że być może nie na każde „dlaczego?” otrzymam odpowiedź.

Ale mogę odkrywać „po co?”.

Mogę pytać, co ta historia robi ze mną, do czego mnie prowadzi, czego uczy mnie o miłości, obecności, rodzinie, Bogu i drugim człowieku.

Tego nie mogę zatrzymać dla siebie

I chyba właśnie dlatego dzisiaj o tym mówię.

Bo jeżeli naprawdę spotkałem Chrystusa w tej historii, jeżeli po dwunastu latach drogi mogę powiedzieć, że pośród cierpienia mojego dziecka Bóg pozwolił mi zobaczyć coś, czego wcześniej nie potrafiłem dostrzec, nie mogę zatrzymać tego doświadczenia tylko dla siebie.

Nie mam odpowiedzi dla rodziców, którzy dzisiaj siedzą przy łóżku chorego dziecka i pytają:

„Dlaczego?”

Nie chcę im mówić, że już wiem, dlaczego cierpi ich dziecko.

Nie wiem.

Nie chcę również dawać im łatwych religijnych odpowiedzi, ponieważ wiem, jak bardzo mogą boleć, kiedy człowiek znajduje się w samym środku cierpienia.

Mogę powiedzieć tylko to, czego sam doświadczyłem:

nie zatrzymuj się na zawsze przy pytaniu „dlaczego?”.

Być może kiedyś — i być może potrzeba na to bardzo dużo czasu — pojawi się drugie pytanie:

„Po co?”

Nie po to, żeby usprawiedliwić cierpienie.

Nie po to, żeby nazwać zło dobrem.

Ale po to, żeby odkryć, że nawet w historii, której nigdy byśmy sobie nie wybrali, Bóg może być obecny i może otworzyć przestrzeń dobra, miłości i spotkania, których wcześniej nie potrafiliśmy zobaczyć.

Moja córka stała się dla naszej rodziny jak ołtarz.

Zgromadziła nas wokół siebie.

A ja, patrząc na nią, zobaczyłem Chrystusa.

I tego spotkania nie mogę zatrzymać dla siebie.

Dlatego przekazuję je dalej.

 

Partnerzy